List został napisany specjalnie na "Zwrotnik Raka" - wydarzenie kulturalne, które zorganizowaliśmy w poznańskim Starym Browarze, by promować psychoonkologię. Szanowni Państwo
Wszyscy wiemy, że choroba jest źródłem cierpień. Wiedzą o tym te osoby, które ją przeszły, czy właśnie przechodzą, ale okaleczone bywają także rodziny i bliscy chorujących. Doświadczyłam dotkliwie na własnej skórze bólu fizycznego i psychicznego. Trudno stwierdzić, który rodzaj jest gorszy, który czyni większe spustoszenia.
W momencie, w którym boli nas całe ciało, od stóp po cebulki włosowe, wydaje się, że już nic gorszego nie może nas spotkać. A jednak, ból mija, a gdy wydaje się, że nie wróci, że odzyskujemy zdrowie, wtedy niespodziewanie pojawia się depresja, myśli kołują jak sępy nad naszym życiem, kierują myśli na jego kres, nie potrafimy uwolnić się od nich.
Wówczas musimy wgłębić się w naszą chorobę i zdać sobie sprawę z tego, że naprawdę żyjemy, że mamy do czynienia z cudem powtórnych narodzin. Choroba nas zmieniła, często na lepsze. Jesteśmy sobą, mamy wyrazistą tożsamość, a godziny, dni, czasami miesiące cierpień pozwoliły na zastanowienie się nad sensem życia.
W moim przypadku było inaczej, refleksja towarzyszy mi zawsze w pracy pisarskiej. Myślenie jest zajęciem zawodowym. Często jednak przed chorobą miewałam depresje, szukałam sensu życia i nie znajdowałam go. Mówiłam wtedy, że życie nie ma sensu, istnieją tylko cele, do których należy dążyć. Choroba przepędziła depresje, zmieniła mój pogląd na życie. Nie szukam sensu, bo znalazłam go w samym istnieniu. Gdy myślałam, że życie jest takie kruche, że tak łatwo je utracić stało się dla mnie - a myślę że także dla wielu siedzących na tej sali – a więc stało się wartością nadrzędną. Nagle poczułam w sobie ogromne siły, jakich nie spodziewałam się znaleźć w ciężkiej chorobie.
Walka o własne życie uświadomiła mi również, że mam dla kogo żyć, poczułam że kocham bliskich, ale ta moja miłość obejmuje także innych ludzi, chorych i tych, którzy przy nich czuwają. Wcześniej nie odczuwałam tak silnie i szeroko miłości do świata, do natury, przyrody, do obcych. Inaczej patrzy się na kwiat, na liść, w oczy ludzkie. Choroba otworzyła mnie na ludzi, a oni otwierają się teraz dla mnie.
Nie chciałabym stracić tego co zyskałam w chorobie, ani sił, które tak mocno związały mnie z życiem, że przestałam przyjmować do wiadomości, że mogę umrzeć. Stało się to o czym pisałam kiedyś w swojej powieści „świadomość, że kiedyś umrę, łączy się z pewnością, że obudzę się nazajutrz”. Ta świadomość powoduje, że czujemy się prawie jak nieśmiertelni bogowie, wolni od śmierci. Choroba, paradoksalnie, daje poczucie wolności, jakiego nie mieliśmy będąc okazami zdrowia. Czytając podczas chemioterapii Dzienniki Tomasza Manna natknęłam się na podobną myśl. Gdy czytałam je poprzednio, umknęła mi. Teraz rozumiem ją lepiej. Przez chorobę, przez okazywanie prawdziwego bólu stajemy się wolni od fałszu, nie musimy tolerować ludzi i zachowań, jakich nie akceptujemy, więcej nam wolno. Możemy myśleć o rzeczach, o których kiedyś myśleć nie wypadało, bo takie myśli budziły nasz strach. Wielu cierpiących dalekich od nauk i uczonych ksiąg, filozofuje na własny użytek i rozwija się. Pielęgnujmy ten rodzaj ciągłego rozwoju, wyciągajmy z naszej choroby wszystko co najlepsze, a świat wokół nas stanie się lepszy.
Jestem tu dziś z Wami, towarzyszę Wam, bo stanowimy wielką rodzinę zdrowych
i chorych, dla mnie moja choroba, stała się źródłem siły i pozytywnych uczuć, czego wszystkim Państwu życzę.
Krystyna Kofta |